Białe serduszka

Autor: Tomasz Pułka, Gatunek: Proza, Dodano: 11 sierpnia 2011, 21:58:40

Dilerka to nie zabawa. To nieustająca, egzystencjalna impreza. Wiem o tym dobrze, bo biegam po Śródmieściu już prawie siedem lat. Czasem tylko złapię sobie tanią taksę, jak zamówienie jest duże i strach iść z kilkoma pakietami przez pół miasta. "Strach" to kluczowe pojęcie. Nie można być dobrym dilem, kiedy się człowiek boi, trzeba sobie dobrze rozparcelować wyjebanie na policję i inne służby porządkowe. Dlatego sam palę; joint z rana zamienia moje postrzeganie w grę FPP i jestem w stanie - w przeciwieństwie do innych - bez wkręcania sobie złej fazy - obskakiwać klientów z wkrętką mitycznego posłańca. Taki codzienny tutorial. Z reguły wstaję późno, ale dzisiaj nie obudziłem się wcale, bo wcale nie spałem - dobry mefedron w kryształach dokumentnie opanował zaopatrywaną wczoraj w korut imprezę. Bo kiedy po kilku godzinach czekania na chmurę nerwowe palce wreszcie zyskują możliwość wystukania na klawiaturze mojego numeru - wita się mnie wielkopańsko, ze wszystkimi uciechami. Więc wciągałem i kręciłem lolki, choć przecież nie powinienem, bo byłem w "pracy". I dzisiaj też jestem w "pracy", choć niewyspany, to jeszcze pełen energii, bo ostatnią kreskę zarzuciłem o piątej rano. Żeby zapobiegawczo się wspomóc idę do ziomka po dwójkę białego, bo dzisiaj ważny dzień - dostawa wyczekiwanych od dwóch tygodni piksów, trzysta sztuk "białych serduszek" robionych na prawdziwym MDMA, hit wiosny, który - jak liczą konsumenci - jeszcze chwilę pobędzie na stołach. Więc płacę niehurtowe cztery dyszki za dwa giety fety i pytam, czy mogę skorzystać z blatu, bo kiedy już mam coś w kieszeni to aż mnie pali i swędzi, żeby nie spróbować. Sypię dwie sety, bo jestem dużym chłopcem i czuję jak drobiny białka rozcinają śluzówkę. "Dobry speed", chwalę i wychodzę, na klatce schodowej ubijając lufę, żeby dodać sobie lekką nutkę psychodelii. To właśnie lubię: niezniszczalność plus wariactwo plus rześki zapach skuna o poranku. Przed sobą mam perspektywę słonecznego dnia, którego koronacją będzie wycieczka na Salwator około dwudziestej, więc postanawiam oddać się interesom i dorobić coś na jutro, bo jutro najpewniej - po zjedzonych dzisiaj serduszkach i uprawianiu miłości ze światem przedstawionym - będę nie do życia, będę tylko smażył lolki i grał na playstation. Trochę żałuję wciągniętej fety, więc żeby zabić wyrzuty sumienia wchodzę w pierwszą lepszą bramę, wyjmuję porfel i usypuję na nim niewielkich rozmiarów kopczyk, który po momencie wprowadzam w krwioobieg przez lekko opaloną lufkę. A skoro mam już lufkę w ręce - ubijam i smażę wsłuchując się w syczące skwierczenie grudek białego osiadłych na ściankach. Teraz można iść do kolejnego ziomka pobrać hurtowo dwie dychy koruta, co też czynię. U Adasia naturalistyczny bajzel, wszędzie walają się kawałki folii aluminiowej i bibułki, a on sam rozjebany na fotelu analizuje telewizyjne absurdy. 

- Czechy, Czechy, do Czech koniecznie.

- Do Czech razy sztuka?

- Czechy wszystko zalegalizowały, nie słyszałeś?

- Mnie to tam nie rusza, póki jest nielegal jest interes, nieprawdaż?

- No prawdaż, prawdaż. Ty, słuchaj - będziesz miał jakoś na dniach te serduszka?

- Dzisiaj po nie jedziemy, ile byś chciał?

- Nie stoję dobrze z walutą, ale mogę odstąpić kilka papierów.

- A co to za kartony?

- "Dancing shiva", jadłeś je chyba, po trzy dychy stoją.

- To dziesięć serduszek za dwa, z dziewczyną zjem chętnie, na spacer za miasto pójdziemy.

- No to gra.

- To gra.

 

Lubię kwasy, bardzo lubię kwasy. Czuję się wystarczająco rozbudowany intelektualnie, żeby w pełni docenić kwasową zabawę, a nie tylko z szokująco rozdupconymi źrenicami powtarzać "ale się upierdoliłem". Kwasy to coś więcej, to disco mistyka. Z dziewczyną w sam raz, na długie rozmowy przeplatane podziwianiem ferii barw i kształtów jakie serwuje krajobraz. Więc będę miał dwa mocne kartony - wypada podskoczyć do panny i umilić jej pracę perspektywą ćpanka. Ania, moja dziewczyna, pracuje w awiteksie. Całe dnie spędza na za ladą sprzedając chleby i pączki wyrabiane w nieludzkich warunkach przez uczniów szkół spożywczych, więc żeby się znieczulić sama pali. Dbam o to, żeby zawsze miała gieta do pracy i staram się nauczyć mimikry. Bezskutecznie - Ania cały dzień prezentuje obfitego banana na buzi i tym samym zyskuje sobie sympatię klientów.

 - Cześć kochanie, Ty znowu zadowolona, jak widzę.

- No w końcu sativkę mi przyniosłeś, po tej indice stałam notorycznie zawieszona.

- Tak tylko wpadam cię uprzedzić, że zrobimy sobie kwaśny weekend.

- O, no to bosko! A teraz leć, bo za chwilę mamy dostawę towaru.

- To cium cium!

- Pa!

I już jestem w drodze do siebie, z dwiema dychami Adasiowego palenia w tylnej kieszeni spodni. W mieszkaniu szybko dzielę koruta na zerosiódemki i każdą zawijam w folię. Pora na uruchomienie mojego pracowniczego telefonu. Oho - już czternaście razy próbowano się do mnie dodzwonić. Po chwili pierwszy sygnał.

- Siema, można by się ustawić po dwie sztuki?

- Pod radiem za dziesięć minut, pozdróweczki.

I zaczynamy robotę. Jeszcze tylko szybka kreseczka żeby się przyspieszyć, jeszcze szybsza lufka żeby się odmulić i w drogę.Pod radiem podajemy sobie ręcę - w jednej ja chowam dwie srebrne kuleczki, mój znajomek w swojej podaje mi cztery dyszki. 

- Co tam słychać? Co dzisiaj porabiasz?

- Ano nie mam planów, jak ktoś zadzwoni to obskoczę.

- Ty, to wpadnijże do mnie na lolka, pokażę Ci ciekawostkę.

I lekkim krokiem idziemy do mieszkania Marcinka, który mieszka z matką, ale matka pracuje całymi dniami, więc Marcinek ma sposobność nie chodzić do szkoły i oddawać się przyjemnościom.

-Zobacz, zobacz - dziesięć deko plasteliny, nie miałbyś ochoty coś biznesowo odkupić?

- Mam dostępne bardzo dobre maroko, ale faktycznie - już się chyba ludziom przepaliło. To musimy zrobić degustację, hm?

- No jasne, jasne. Wiaderko?

- Niech będzie wiaderko.

Marcinek z gracją preparuje butelkę po cisowiance odcinając dół i mocując przy pomocy zapalniczki lufkę w nakrętce. Teraz tylko trzeba podgrzać hasz i zwiniąć go w cienkie wałeczki, które lądują w cybuchu lufki. Nakrętka z lufką nakręcana na szyjkę butelki, butelka do wiadra pełnego wody, zanurzamy, podpalamy sort i delikatnie, powolutku unosimy butelkę coraz wyżej, aż po menisk wody, gdy tymczasem ciśnienie powstałe wewnątrz butelki zbiera mlecznobiały dym. Teraz tylko odkręcić nakrętkę, objąć ustami końcówkę butelki i wykonać szybki ruch w dół, tak, by cała porcja dymu machinalnie znalazła się w płucach.

- O kurwa, kurwa, ale się zakrztusiłem.

Marcinek przygotowuje porcję dla siebie, ja tymczasem melorecytuje mój ulubiony wiersz Adama Grzelca:

 

Rozjebani czterema wiadrami

 
Dla Jurgena H.


od rana na bani

wjebani w sofe jak salami

czterema buchami


zawsze nastukani

przez psy niepokanani

psy rozpierdalamy

jak tsunami indonezje

rozprawić się z psami

i pisać poezję


wrzuty na ścianie

stylu życia zjebanie

hardkorowe pisanie

rowerreeam przez świat

górczyn wilson


suko

żryj bibliotekę

połykaj szkło 

gaś pety na tyłku

i gówno

w posiłku

tej biblioteki

pod wodą tylko wombaty

wiertarki i biblioteki


o kurwa idzie wombat

długa jest jego tromba

idzie jak w mortal kombat

bomba

jak kombajn

jak gówno


Kresem wiedzy, niezależnie od dyskursu, jest wiedza o nieistnieniu czasu. Metoda naukowa, refleksja, świadomość.


Pozytywiści robią modele.


Filozofowie odrzucają inne możliwości.


Ktoś tam podobno gdzieś kiedyś doświadczył.


Jaranie wiader to umiejętność życia w teraz, skurwysyny. 


- Hahaha! Uwielbiam ten kawałek - Marcinek kołysze z niemocą głową, oczka ma maleńkie i krwistoczerwone, ale widać, że bawi się dobrze. - Słuchajże, ziomek, dostałem wczoraj od typa trochę Mahometa.

- Mahometa?

- No taką tryptaminę, to jest chyba 4-HO-MET, czy jakoś tak. Taki minikwas, na godzinkę, znaczy godzinkę trzyma. Może byśmy se fuknęli?

- A to do nosa?

- Do noseczka.

- No jak mówisz, że krótko trzyma to i możemy.

I Marcinek sięga do szafki, pod skarpetki i wyjmuje mały dilpack.

- Porcja podobno akurat na dwie osoby.

I wciągamy, i na drugą nogę.

- Po jakim czasie to wchodzi?

- Już po momencie, podobno.

I dzwoni moja komórka. Na wyświetlaczu "Karmelicka 7", więc niedaleko. Odbieram.

- Halo, siema, można by się po jednego ustawić, taki dzień ładny.

- Jaaaaaaaasne (nie mogę zapanować na językiem), za dziesięć...

- Ej, wszystko ok? Coś przerywa.

- Za dziesięć minut pod radiem.

- Okej.

"Pod radiem"? Kurwa, pod jakim radiem, hahaha, "pod radiem"; za chwilę wejdę pod Marcinkowy stół na którym leży radio i będę z roześmianym ryjem czekał.

- Co ty mówisz? - dezorient na twarzy Marcinka ma rozmiar znaku "STOP".

- Co ja?

- O ja pierdolę, człowieku. Zupełnie mi łeb wykręciło.

I faktycznie, wyobrażenie o rzeczach w sferze pojęciowej uległo poważnej deformacji. Patrzę na Marcinka i zdumiewają mnie jego humanoidalne kształty. Te plastelinowate ręce, te patykowate nogi. No i ma sobie u b r a n i e!

- Dlaczego ty chodzisz w u b r a n i u?

- Co? Człowieku, o co chodzi?

- Dlaczego ty chodzisz w u b r a n i u? "Chodzisz w ubraniu", hahaha!

- Pojebało cię zupełnie, nie mam kminy w twojej fazie. 

- Co?

- Jajco. Ktoś do ciebie dzwonił po jaranie.

- O kurwa, faktycznie. Ty - weźże chodź ze mną, bo sam nie dam rady.

Droga do drzwi wejściowych okazuje się paranormalną przygodą, obraz lekko faluje, tekstury się delikatnie rozmazują, no i kompletny mindfuck w głowie:

gdzie ty się z nim umówiłeś no tam gdzie zawsze gdzie zawsze pod radiem chyba a kto to ten z karmelickiej przecież tam pół ulicy od ciebie bierze ale tego typa kojarzę zawsze jest z rowerem przecież to blisko ale ten rower to taki taki znak rozpoznawczy człowieku niech to już zejdzie nie oddawaj się badtripowi spokojnie trzeba pozytywnie do tego podejść przecież fajnie jest strasznie trochę to się delektuj tym strachem już wolałbym zwykłego kwasa mogę mieć zwykłego kwasa jak to adaś ma dancing shivy obiecał mi dwa stary to ty nic nie mówisz ten kwas to święto śmiechawa na kilka godzin czekaj czekaj czeka co czekaj kto czeka typ z rowerem

- Siema.

- Siema, siema.

- Widzę, żeście nieźle porobieni, hehe.

- Widać po nas?

- No szliście tu jak skradający się Indianie.

- Masz tu kulę - próbuję wrzucić mu zawiniątko do kieszeni, to niestety upada na chodnik.

- Dobra, dobra, tu masz dwie dyszki, sam sobie podniosę.

no i widzisz stary nie było tak źle jakoś daliśmy radę tylko co teraz no jak to co trzeba do adasia po papiery przecież nas popierdoli zupełnie taki piękny dzień nie o to ci chodzi no dobra to chodź

I po chwili siedzimy na kanapie u Adasia z kartonami pod językiem, i po momencie Adaś zadaje sakramentalne pytanie.

- To te serduszka będą dzisiaj, co nie?

- O kurwa mać!co się dzieje ziomek o co chodzi ja dzisiaj miałem dostawę piksów odbierać z ziomkiem kurwa już o dwudziestej a ja teraz podwójnie skwaszony ja pierdolę co ja zrobię wchodzi mi no mnie też już wchodzi:


Na zachód bez piany! Remake! Czy rozumiesz nawiązanie. Czy odszyfrujesz niezaszyfrowane nie w domyśle, widząc jedynie zachód słońca i pojedyncze (być może te tu tylko) wskazówka? Jednak? Tak mogę z tropu na trop, jak kocikiczka głośna, potroszku Wymiętolona. Trudna muzyka napędza ten kołowrotek, trudna muzyka sponsoruje odcinek. Przepraszam, ale, droga, czystość. Opowiem historię Wam: chyba. Mam przynajmniej taką nadzieję. Cisza. Nagromadzenie pikseli dźwięku. Przesuwanka w sygnale. Zaburzenia mowy szumu. Słuchaństwo kolekcji. Niepokój. Szczczczczczczczuuszczczcz... Bojaźń. Przegroda. W ustach mam biurko. Odlatuje i wiruje, i spada na kolana, jak kula papieru zbudowana przed laty przez starożytne plemię wyzbyte przez ciszę ze skóry, mają skórę nawiniętą na łokcie, całą swoją skórę, boją się jej, boją się patrzenia na dźwięki. Musisz w to wchodzić coraz głębiej. Boisz się tego, lecz uwięzion zmartwychwstał, teraz już nie są potrzebne znaki przestankowe, zabieram Cię głębiej w świat zmarszczek i klonów, archiwum paznokci potraconych w czwartym wymiarze. Rodzisz się, Shivo! Figura Ojca asystuje przy połogu, jest Twoją Pępowiną, nie bój się wymiaru; to tylko wymaz, to ciepło i duchy noc, włos. Zabiera mnie rzeka "Trans", firma przewozowa, logistyka i holocaust. Nie można połączyć się z siecią bezprzewodową, Pająku! Teraz, gdym z Shivą w pokoiku zamknięty, słuchamy Underworld i Daft Punk, Afabaf - Banda Szakali - chyba tak się to pisze, hm? Gm? GMO? Skrótowiec pęcznieje, wypłukują się z niego jaja, wykluwają Marksiści. Marksiści Nocy przebrani za Zorro, pozujący do zdjęć biletowych Bandy Szakali, dowodzonej przez figurę ojca. Moc nas nie uzdrowi, a jedynie za knawę posłuży. Oczym nawróciwszy! Słowotwórstwo to przezeswisko Seremetixa. Rodzicowdzianka. Seremetix zasadził czternaście Czereśni. Chował je na strychu, pomiędzy Sklepami Cymanonowymi pozaklejanymi hydroxipolopopastą dwutereworolowonku sodu. Akceleratorix działa w następujący sposób: odletcie z gawrónami daleko hen, daleko hen. Pojedynczy zabieg na otwartej materii mózgu - kognitywistyka! Wspominam wielu znajomych Szakali, mam ich pochowanych pomiędzy Czternastoma Czereśniami. Tak zresztą głosi napis, hologramowy neon, na drzwiach baru:


- Bądź pozdrowiona, przenajświętsza Litero!

- Ach, nie żartuj proszę, kogo ci przynoszę?


w który wpatrywaliśmy się z tak hipnotyczną ciekawością, że nam aż aż włosy wypalać zaczęły żagwie i lądy. Och, cały czas siedzę w butach! Wariacie, wariacie! Dobrze Ci się spowiada, Tatuśkowi Szczęścia? Może w końcu wyjdziesz / przyjdziesz na zakonik? Żeby plecak załadować, no i ruszyć w tany! Żeby życia zasmakować, jak te nasze klany! Klan czerwony zrzesza ludzi. Klan Magii to zbiór nieparzystych. Zaburzenia mowy szumu. Bądź, pozdrowiona!
Bawić się w chowanego z sobą samym. Wychodzić na spacer jak chłopiec. Wszystko jest dźwiękiem, wszystkie skały okalające siebie - werble z wielbłądziej skóry dryfujące na powierzchni morza. Na tafli zegara wciśniętego w wodę, pantha rei rzeczą Kostkowie. Czy można się oprzeć saksofonowi? Pierścień, który W RZECZYWISTOŚCI jest zwiniętym smokiem, nie może nauczyć się czternastu podstawowych czereśni, tj.: liter. O, droga Litero! Jak to wszystko pięknie gra, jak mnie teraz brzuszek boli i wymiętotoli koszulinę, Nałożnicę Pronto. Parapet jest okaleczniem zwinnym i bystrym. Nie potrafię chyba dalej rekonstruuować. Klocki Lego wybiegły znacznie wcześniej, jeszcze przed Lemingami! To żywe stworzenia! Należy się szacunek! Obrazowo: falująca tęcza koloru niebieskiego igrała z ogniem jak iskierka na wietrze, to tu, to tam i hopsasa graj, nie przejmuj się Allelują! Mam to pod dyktando W ISTOCIE Obcego Głosu, który śpiewa ulubioną piosenkę Zniewoloności Smoka i Smoczyska pięknego. Roboty postanowiły nakłonić Shivę do zmiany ugrupowania. Nie pozwolił się nagiąć. Te dźwięki nie były mu obce, lecz - mój drogi Seremetixie - pamiętaj o cieczy! Niech Cię nie prowadzi niedojrzała kukurydza, jaką można się objeść i Gruszki w Popiele! Oko... Około osiemnastki kurzu, pałąkowatym kurzym pazurze! Melodii i dźwięku Ci nie zazdroszczę. Połączenie sieci bezprzewodowej - nie dopięto Hadronu. Pochowanie między miedzą a Premierem Dźwięku, oj dana dana, Premierem Dźwięku. Napojem energetyzującym chciałbym pulsować, Seremetixu wielebnego początek leży w szachownicy. Jeśli to przejdziesz, to Przędzę zdobędziesz. Takie wierszyska średniowieczne analizowaliśmy w szkole magów mieszczącej się przy piątej alei w stanie Nowy Jork. Nie rozkminiaj z tego za wiele. Język i jeżyk jakich stosuję wymykają się przekładowi, więc rozkładowi również. To chcę zamierzyć, jak się mierzy długość belki podtrzymującej później strop literatury. Czy to zbyt dosłownie, nie słyszysz szumu rozumu? Weź się podróżniku złap za fotel, bo ta opowieść ma na celu doprowadzić Cię do Kresu, do kresu postmodernimumatixa - gdzie zmieni się on w czystą Shivę będącą W ISTOCIE następstwem jeno poststrukutruletixumki - twojej najlepszej przyjaciółki. Coś się psuje. Pruje. Pruje isę coś, psuje on nam klawiat. Nie Zwiniętym Smokiem okalał swoje pierścienie, nie mógł o tym wiedzieć, przecież! Bezradność mnie wynosi na manowce siły, gdzie już nie będę mógł prowadzic raportu, nic mnie przy życiu nie trzyma, ale mimo to żyję, bo za włosy Baron z Siwą Brodą, to szarada dla mnie samego, nie zrozum mnie źle, lecz chcę to dokończyć. Chcę to bardzo wymiętotototolić, czy możem mi na tom pozwolić? Proszę Cię zabierz ze mnie ten pięten pręgierza. Muszę nieść Literę. Ona krzyczy Garłem Światła. Weź ją! Weź! Weź! Hyper! Extra! Super! Już Cię nie ma, człowiecze...

 
- Żyjesz?

- Żyję. Ja pierdolę.

- Gdzie my jesteśmy?

- To jest chyba Park Jordana.

- Która godzina?

- Pół do ósmej.

- Ja pierdolę, zdążę. Idziesz ze mną?

- Boję się zostać sam. Tylko kupmy wcześniej wodę, bo mnie suszy skurwysyńsko.

 

Totalne wygięcie percepcji jakie zafundował nam kwas już ustało, powidoki jeszcze nie. Gdzieniegdzie kolory nie są sobą, a i tryb myślenia pozostawia wiele do życzenia. Idziemy piechotą przez park, bo Salwator jest niedaleko. Dzwoni mój ziomek:

- Wszystko nagrane, wystarczy, że wejdziesz do kamienicy, tam jest puste mieszkanie, mam klucz, wcześniej ci go dam, w środku czekają dropsy. Płacimy za nie jutro, dzisiaj tylko bierzemy, są w dilpakach po trzydzieści, przenosimy do mnie do mieszkania i jutro ty zaczynasz handel, ok?Dochodzimy na miejsce, pod mieszkanie "wspólnika".

- Co ty masz takie oczy rozjebane?

- Od fety, musiałem się trochę obudzić.

- Noż kurwa, mówiłem ci, żebyś się wstrzymał ze wszystkim, to poważna akcja.

- Wiem, wiem.

- A Marcinek co tutaj robi, też nafurany jak złoto, hę?

- Pomaga.

- W sumie i dobrze, bo idziecie sami, ja mam problem u siebie, ojca najebanego, zaraz się z nim w boks pobawię. Wiecie co robić - wchodzicie, bierzecie wszystkie - nie podjadacie! - i szorujecie do mnie, ja wam otwieram, chowamy gdzie trzeba i jutro rano się u mnie meldujesz i dostajesz listę pierwszych nabywców do obskoczenia, gra?

- Gra. 

- No to sio! Tu jest klucz. Numer 8/22.


- Może sobie stukniemy po dwie, żeby się z tego papiera ocucić, co?

- Nie ma opcji, zajebałby nas gdyby odkrył, że jakiejś brakuje, to prawdziwy biznesmen.

Wychodzimy na górę, otwieramy mieszkanie. Odrapane ściany, pleśń w każdym kącie. Na środku pokoju mały stół, na stole zwyczajna reklamówka z tesco, w reklamówce skarb.

- Ty, kurwa mać!

- Co?

- Patrz przez okno! Kurwa!

Wyglądam na moment i szybko chowam się opierając plecami o ścianę. Dyszę ciężko.

- Psy.

I faktycznie, pod mieszkaniem spod którego chwilę temu wzięliśmy klucz mój ziomek rozmawia z pałami.

- Kurwa, co my z tym zrobimy?!

- Trzeba to gdzieś ukryć, wyrzucić!

- Nie ma gdzie, i nie ma chuja żeby zdążyć.

- No to jak w Kolumbii, wpierdalajmy!

Niewiele myśląc zaczynamy połykać pakowane po trzydzieści "białe serduszka" i popijać kupioną za parkiem wodą. Do okna nawet już nie podchodzimy, żeby nie przyspieszyć interwencji. I zrobione.

- Ty, myślisz, że te woreczki wytrzymają?

- Co wytrzymają?

- No kwasy żołądkowe.

- O kurwa, kurwa, nie wiem. Ciągle jestem skwaszony.

Schodzimy na dół. Po policji ani śladu. Z bramy wychodzi ziomek.

- Coście tacy bladzi jak ściany?

- Te pały co tutaj były, gdzie oni są?

- Ojca zabrali. Matka zadzwoniła, bo ją lutnął w pysk. No dobra, idziemy złożyć nasze skarby.

- To trzeba będzie chyba poczekać...

- Co?

- No bo myśmy... - i tutaj czuję jak pękają we mnie pierwsze pęcherzyki błogiego szczęścia i spokoju - myśmy je połknęli wszystkie, bo myśmy - patrzę na Marcinka, który już zamknął oczy i drży w ekstazie - myśleli, że ta policja, że ta poli... - sam zamykam oczy, czuję wewnątrz tunel wypełniony ekstatycznym pluszem, wchodzę do środka, głęboko, po samego siebie.

 

 

 

 

 

 

 

Opowiadanie zostało opublikowane w książce "Wojny narkotykowe. Doniesienia z pola walki", która ukazała się nakładem Krytyki Politycznej - http://sklep.krytykapolityczna.pl/sklep/catalog/product_info.php?products_id=256&osCsid=8581f720406f22f71cabe8324d9bfa09

Komentarze (17)

  • no i super.

  • Oki. Jeśli chodzi o rekomendację, to mnie ona nie bierze, bo Krytyka Polityczna raczej kiepską literaturę promuje. Poza tym "oni" w swoim manifesto grande bardzo głupio określili rolę sztuki, przekonali mnie tym, że nie kumają za cholerę pojęcia lewicowości, że to tacy lewicowcy z biblioteki. Ale nie zrażam się, dążę do Złotego Środka i jutro przeczytam z uwagą.

  • podstawa kiepska - takie to mało autentyczne.

  • Chłopie, jesteś spóźniony przynajmniej o jednego Hłaskę. Ale kudy Ci tam do jego prozy. To jakby hulajnoga chciała dogonić volvo. :)

  • Ja pierdolę, z Hłaską wyjechać. Nigga, please.

  • Możesz pierdolić do woli, ale talentu do pisania nie masz. "Zdarza się", jak mawia narrator "Rzeźni nr 5" Kurta Vonneguta. :)

  • Musi Cię lubić licealna polonistka. Jest piąteczka na świadectwie?

    • K B
    • 12 sierpnia 2011, 12:30:39

    Bardzo dobre, wciągnęło mnie potężnie.

  • autentyk :) a ten wiersz Grzelca, to pamiętam jak pisaliśmy :)

  • No nie wiem, czy mało autentyczne. Za jedno trzeba autora pochwalić. Mimo literackiego skondensowania, które może robić wrażenie przegięcia, wie, o czym pisze. To kwasowe "wygięcie percepcji" oddane wiarygodnie i z przyległościami. W ogóle tekst jest jakiś taki k w a s o w y. No a teraz łyżka dziegciu: zafundowałeś nam, Tomaszu paradokument. Ale w jakim celu? Nie widzę w tym tekście uzasadnienia dla literatury. Nie sformułowałeś pytania, niczym nie sprowokowałeś, nie doręczyłeś pilnej wiadomości. Przywołanie Hłaski jest tutaj nie od parady. Brakuje Ci zdecydowanie treściowego mięcha.

  • jest za co chwalić. "Wie o czym pisze", to duże już osiągnięcie, brawo!

  • Wbrew pozorom to jednak duże osiągnięcie. Poczytaj, co tu ludziska piszą i odpowiedz: wiedzą, o czym? Czy im się, ot tak, przy obiadku coś zamani?

  • zamknij się

  • Cycki niezłe. Szkoda, że nie twoje. Uaaaa....

  • Chcesz sprawdzić offline?

  • Maciek, Maciek, hamuj już.

  • Nie czytałam tu jeszcze tak aż tak dobrej prozy. Jestem pod wrażeniem sugestywności, rytmu, klimatu haju, w który sam czytelnik w pewnym momencie wpada. Gratulacje! Doskonały tekst. Nie ma tu ani jednego zbędnego bądź nadbudowanego słowa.
    Nie mogę wyjść z podziwu.
    Literacki kunszt i Art przez duże "A".

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się