0002-2412-paralaksa_b_sml_120

Paralaksa w weekend

Autor:  Tomasz Pułka
Gatunek: Poezja
Wydawca: Portret
Data wydania: 2007
Data dodania:  04 lutego 2011, 17:18:02
ISBN: 978-83-60477-11-3

Krótki opis:

Wiersze dla Poli Raksy.

Fragment:

Na miejsce

 

Mieliśmy klatkę po myszkach, zacznę 
od końca: bardzo białe włosy dziadka, 
kominy i czaple nad nimi. Różne 

perspektywy. Pociągam za warkocz, palę 
ciemne, puste. W płucach mam ranek, 
rany na ramionach. Noc była bezsenna, 

wypada to zapisać. Dużo rzeczy ostatnio 
wypada, żeby tak jeszcze z rąk nie wypadały. 

Mam takie przejścia, płonące zatoki, 
a kaszel jest jak topiący się chłopczyk.

 

 

 

 

 

Paralaksa w weekend

 

Dzisiaj przycinałem z matką winorośl, 
byłem głodny, tajałem na słońcu. 
Matka wybierała pędy bez owoców, 
zielone, lekkie. Łamałem je, i sok lepił 
moje palce. Myłem ręce w stawie. 

Matka w słońcu wygląda jak rdza. 
Patrzę na nią i widzę tylko mgiełkę dymu. 
Jest w tym jakiś sprzeciw, ale pełen 
ciała. 

Jest w tym jakiś sprzeciw, na skórze, 
pod skórą; daleko, wzdłuż tego co jadalne. 

 

 

 

 

Wierszyk dla Adama Grzelca

 

 I jeśli Adam powiedział 

A, 

to mierząc w linii prostej, do punktu B jest 
tylko zaprzeczeniem. Piękne są rzeczy 
opierające się dzierganym gestom, nitkom 
wywleczonym na pełną pełnię, której, 
co prawda, nie ma. Ale która kiedyś, raczkując, 

będzie. Jak to niegdysiejsze pojawianie się 
piasku i pisku, gdy leżąc na plaży, opalały 
ciała. Z ciała jest, przez ciało jest poza 
kontrolą tego, co kiedyś wyssane z palca 
pieśni. A powtarzam za Tobą, bo cenię 
sobie rozłogi mgły czepiające się snu i 

wyjdę na spacer, zgodnie z kierunkiem. 
Nefryt jest raną, po której pozostaje ślad. 
I suknia i album, morze wygładzone jak 
płótno. Na płótnie plama, między plamą 
a kochanką cienka strużka śliny. W niej 
jest schowek, więc wyjmij broń ze schowka
i jeśli spudłujesz, Adam, druga kula 
nie dosięgnie już węża, A żadna z następnych 
nie draśnie już świata. Kuszenie pokusy, 
to to, co nazywa się granicą. Jeszcze otwarte 

usta, bibułka między wargi. Wiatr znad 
lasu, czyste zboże, cztery morgi drzew. 

W końcu lepsi niż pepsi, pepsi i dziewczęta, 
dziewczęta i hasz.

 

 

 

***

 

Mogą być krótkie, mogą nie mieć 
pieniędzy. Kelnerka sprawdza czy zjadłem. 

Niosą futerał. Teraz zacznę 
naprawdę. Violetta Villas, ciemne 

okulary. Świat układa się wcale 
dokładnie. Cztery krótkie wersy. 

Nikt nie ma, więc mają wszyscy? 
Podwójne 

patrzenie. Dwie azjatki, gaszę. 
Pokazujesz to palcem. 

 

 

Wiersz na wdechu

 

Ósmy dzień tygodnia, północ, badanie. Dajmy na to 
Węgry: rozgaszone do białości światła i szyfr 
pełzający po wargach. Nie rozumiem cię Adriano
te stoliki zwijają się w kłębek robiąc taki hałas, 
że ani cierpliwość ani to wino. 

A może wszystko położyć na kancie? Niebo gwiaździste 
nade mną
, zapałki w pudełku, owal twarzy rozmyty 
w rodzinie. To taka choroba, przecież pamiętasz 

jak trudny był ten czwartek. Napis na krześle 
rozmienił się na drobne: szpitalny seans, 
wyraźny szmer dywanu, powyłamywane nogi 

i wszystko wytarte, wytarte. Kurz. 

Komentarze (0)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się